Dzisiaj będzie po polsku, ponieważ stwierdziłam, że angielskiego mam wystarczająco dużo na co dzień ;].

Planowałam jakiś czas temu napisać kilka słów na temat fińskiego jedzenia i mitu, że jest niedobre. Specjalistką w zakresie potraw nie jestem. Czasem mam problemy z odróżnieniem niektórych warzyw i owoców, więc może jednak nie będę się kompromitować. Chcę jednak zauważyć, że przez większość czasów jadam w uniwersyteckich restauracjach, które codziennie serwują różne potrawy (część z nich ma fińskie korzenie) i jeszcze ani raz nie zdarzyło mi się, żeby coś mi nie smakowało. Za wyjątkiem salmiakków, które rzeczywiście sa niejadalne, cała reszta jest przepyszna. A już zwłaszcza chleb.

Kiedy leciałam z Warszawy do Helsinek na pokładzie samolotu poznałam Polkę mieszkającą w Espoo. Wiozła ona ze sobą automat do pieczenia chleba, bo w jej opinii fiński chleb jest ohydny. Nic bardziej mylnego! Finowie mają mnóstwo rodzajów chleba i każdy, którego próbowałam (a próbowałam już wielu), był przepyszny. Zwłaszcza cenię sobie chleb, do którego dodawane są różne bakalie. W studenckich restauracjach chleb jest dostarczany na bieżąco, więc bardzo często jest ciepły i chrupiący. Po zjedzeniu takiej pajdy z masłem człowiek czuje się jak w siódmym niebie (przynajmniej ja się tak czuję ;]). Tak więc moje doświadczenia z fińskim jedzeniem są wyłącznie pozytywne i chciałabym w tym miejscu obalić ten krzywdzący stereotyp, jakoby Finlandia nie miała nic do zaoferowania polskiemu podniebieniu. Właściwie to znalazłam nawet potrawy, które mają swoje odpowiedniki w polskiej kuchni (np. gołąbki).

Polsko-chorwackie towarzystwo przy obiadku / fot. L. Frankijć
Polsko-chorwackie towarzystwo przy obiadku / fot. L. Frankijć

Przechodzę powoli w osiadły tryb życia. Pierwszy miesiąc minął pod znakiem ekscytacji, nowych znajomości, zwiedzania miasta. Teraz dopadła mnie już rzeczywistość i… nuda. Tak, tak, właśnie ona. Od studentów wracających z Erasmusa słyszy się same pozytywy, opowieści o niekończących się imprezach, wycieczkach itp. W moim przypadku jest dokładnie tak, jak przewidywałam. Jako w gruncie rzeczy niepijąca i nieimprezująca osoba, weekendy spędzam na spokojnie w swoim pokoju z wszechogarniającą, błogą ciszą jako towarzyszką. Naprawdę muszę docenić fakt, że nawet na pobliskiej trasie ruch jest tak niewielki, że wydaje się, jakby w ogóle go nie było. Ja w każdym razie nic nie słyszę. Za oknem biegają wiewiórki i zające, a każdego poranka ptaki śpiewają tak, jakby była już wiosna (tymczasem grubość pokrywy śnieżnej przekracza 50 cm).

Znalazłam oczywiście swoją niszę, w którą powoli się zanurzam. Jest nią stowarzyszenie Mama Africa JKL, prowadzące regularne warsztaty afrodance, djembe i sabaru. Naturalnie wiedziałam o jego istnieniu jeszcze zanim tutaj przyjechałam, ale nie miałam pewności, czy to będzie dobry odpowiednik łódzkiego City Bum Bum. Moje wątpliwości rozwiały się bardzo szybko, ponieważ Pape Cisse i Amet Wade okazali się niesamowicie otwartymi, pozytywnie nastawionymi i wesołymi ludźmi. Szybko z uczęszczania na zajęcia z djembe i sabaru przeszłam na poziom muzyka akompaniującego wraz z Pape i Ametem lekcjom afrodance. Zatem, podobnie jak w Łodzi, większość swoich wieczorów w tygodniu spędzam z muzyką afrykańską. Finlandia to nie Polska, tutaj kultura afrykańska jeszcze nie jest tak popularna, żeby w każdym większym mieście były szkoły gry na bębnach. W Jyvaskyli na warsztaty djembe przychodzi maksymalnie 7-8 osób, jest tylko jedna grupa. W Łodzi grup jest co najmniej pięć, niektóre liczą ponad 15 osób.

Waaw Africa logo

Niemniej Pape, który jest założycielem Mama Africa w Jyvaskyli, ambitnie pracuje na wzrost popularności kultury zachodnioafrykańskiej. Pomaga sobie, organizując co roku festiwal muzyki i tańca, WAAW Africa (waaw — “tak” w języku wolof, używanym w Senegalu). Tak się złożyło, że włączyłam się w organizację tego wydarzenia, a mój wkład jest o tyle znaczący, że mam zaprojektować całą oprawę graficzną festiwalu. Na razie powstało logo, ale w najbliższym czasie w realizacji będą też inne materiały.

Mama Africa daje mi poczucie przynależności, a im więcej czasu spędzam z tą grupą ludzi, tym bardziej czuję się jej częścią. Poza Senegalczykami, reszta to Finowie, więc jest to też dobra okazja do zawierania polsko-fińskich znajomości. Wszyscy są bardzo otwarci i chętni do pomocy. Jednak to, co jest dla mnie największą radością i wyróżnieniem to fakt, że kilka razy w tygodniu gram razem z senegalskimi bębniarzami, którzy w dodatku chwalą moje umiejętności. Usłyszałam też od nich słowa, które ogrzały moje serce: po kolejnym jam session Pape stwierdził, że to wielka szkoda, że nie mieszkam w Jyvaskyli na stałe, bo mogłabym stanowić istotne ogniwo w zespole Mama Africa…

Choć te słowa były naprawdę wielkim komplementem, nie ma takiej siły na ziemi, która skłoniłaby mnie do rozważenia opcji zamieszkania poza granicami mojej małej ojczyzny ;].

Advertisements